Pierwsze chwile na śląskiej ziemi
- 2 lut 2015
- 4 minut(y) czytania
Przecierała w letargu ciekawskie oczy, które wędrowały po zamazanej niewiadomą szybie. Ramiona zdążyły być wilgotne z tłoku i zaduchu w autobusie, dłonie powkręcane między korpusy pasażerów, stopy tip topami zbliżały się do celu. Przepychała się do drzwi wyjściowych. Ludzie ocierali się i z dziwnym grymasem odreagowywali na jej niepokój, że niby może nie zdążyć wysiąść na właściwym przystanku. Dwie za wielkie rozmiarem i ciężarem walizy czołgały się za nią, zmaltretowane tyloma przesiadkami. Wysiąść na kolejnym, nie tym docelowym przystanku oznaczało popaść w większy lęk przed nowym niż ten oto. Towarzyszył jej od pierwszej chwili, gdy postawiła nogę na ziemi śląskiej.
Dla dziewięcioletniej dziewczynki z kujawskiej wsi, schodzenie w tym momencie po stopniach autobusu na przystanku Szarlej Poczta, było końcowym przystankiem jej dzieciństwa i szalonej młodości. Tutaj miała spędzić następne trzydzieści lat. Wtedy wszystko wydawało jej się takie ogromne, nie do ogarnięcia, takie inne, cudze, nieprzystępne.
Tato szybko przywołał ją z zamyślenia do porządku. Ruszyli do miejsca, gdzie mieli zamieszkać. Minęli budynek Urzędu Miejskiego. Cały był w liściach dzikiej winorośli. Ale muszą mieć robali wieczorem na parapecie - wtrąciła, bo jako dziewczynka ze wsi znała się na tym. Obok stały tablice informacyjne z kin. Pójdziemy - powiedział tata, bliżej nas jest „Casino”.
Droga do ich lokum była prosta i cicha. Tak spokojnie nieżywa, jakby ludzie tutaj nie mieszkali. Ukazywały się budynki z czerwonej cegły, ramy okien były pomalowane na kolor wściekłego soku z kaktusa , a porcelanowe parapety odbijały pierwsze marcowe słońce AD 1983.
Później miała się zorientować, że życie w budynkach tej spokojnej ulicy nie odbywało się hałaśliwie od strony głównego wejścia, ale kameralnie na podwórku. Plac nie przypominał tego, który znała wcześniej. A ten pierwotny był obszerny, nie wydzielony metalowym płotem i krzyczał wolnością jej dziecięcych wędrówek. Temu zaś brakowało soczystej zieleni agrestu z sadu, łąk z dzikim koprem, malin w rowach, ślimaków w trawach, odgłosów żniw, głosu babci wołającej na pajdę świeżego chleba. Mimo to jakimś cudem, i to podwórko miało być świadkiem ciekawych historii małej bohaterki.
Pierwsze wielkie wyjście samej na miasto odbyło się po godzinnej prelekcji rodziców na co uważać i jak dojść do domu. Poprzednia przestrzeń wiejska może i była ogromna, ale w przypadku zagubienia się, zawsze znajdował się sąsiad. A tu? Szereg niemych domów i to robactwo na krzakach winorośli niezadowolone żyjąc w betowej dżungli nie mogło usłyszeć jej wołania o wskazanie drogi. Przez samoskazanie się na pierwszą wycieczkę musiała wykrzesać w sobie dyscyplinę orientacji w nowej, miejskiej przestrzeni. Niedaleko urzędu miasta stał kiosk „Ruchu” i w nim miała zakupić gazetę i zaraz wracać. Kiedy wykonała już rodzinne zlecenie, przystanęła przy tajemniczych tablicach kina i literka po literce odczytywała repertuar. Po chwili wróciła jednak z pół drogi by przekonać się czy aby naprawdę są tutaj aż dwa kina. Wstyd przyznać, ale nigdy wcześniej nie oglądała filmu na sali kinowej.
Następnym miejscem, które dane jej było niefortunnie zobaczyć ,była przychodnia zdrowia. Nie wiadomo czy z przejęcia czy z powodu tak dalekiej wyprowadzki, zachorowała. Seria zastrzyków zniechęciła ją do trochę nowego miasta, a gruba pani, co je wbijała już na zawsze została jej wrogiem numer jeden.
Potem nowa szkoła. Panią Teodorę polubiła od razu. Natomiast do dziś uśmiecha się na pierwsze pytanie nowego sąsiada z ławki po tym jak na tablicy napisała skąd przyjechała. Toś ty gorolka? Nie! Nie przyjechałam z gór, ale z pięknego polskiego Pomorza – wyjaśniła najlepiej jak umiała.
Nie tylko kino było dla niej niespodzianką. Dowiedziała się, ze na Osiedlu Wieczorka jest basen. Tymczasem była wiosna, więc musiała poczekać na letnie skoki do wody. Po lekcjach zaś wychodziła na swoje śląskie podwórko. Nie lubiła go dość długo. Mieszkała daleko od kolegów szkolnych, tak więc przebywała większość dnia bez rówieśników. Zaplątywała gumę o bramę wjazdową i skakała. Śpiewała piosenki, rozkładała na ziemi koc i ubierała lalki. Po podwórku chodziły nachalne kury gospodarza. Nie było czysto. Denerwowało ją to, ze zamiast gdaczącego drobiu nie było trawy, na której łapałaby biedronki.
Nie mogła wiedzieć od razu, że dom pełen jest starszych, samotnych ludzi, którzy swój czas zabijają siedząc w oknie i przyglądając się jej. Po czasie wszyscy ją już znali i wyglądali z codzienną nową porcją ciekawości przez okno, kiedy wychodziła pobawić się na plac. Dopytywali o oceny, prosili, żeby zaśpiewała tą piosenkę co ostatnio lub po prostu zrzucali kawałeczek kołocza. Kiedy podrosła i wychowywała swoje dzieci, miała się dowiedzieć, że wprowadziła trochę życia do tej smutnej szarej, śląskiej kamienicy.
Z czasem kamienica straciła swój pierwotny urok. Znajomi ludzie wymarli, a nowi lokatorzy zamiast drewnianych ram wprawili nowe plastikowe. Zniknęły też świecące zielenią parapety. I nic już teraz nie było takie samo. Tylko wspomnienia ciągle chodzą małymi kroczkami po skrzypiących schodach trzymając rzeźbiony gelender. Młodość zatrzymana w cichej, niepozornej dla oczu, ale tak ważnej dla serca kamienicy.
Potem przyszła dorosłość ze swoimi problemami. Spacerując blisko podwórka, na którym się wychowała, spoglądała w okna starych lokatorów jakby szukając dzieciństwa. Od nowa skakała w gumę, plotła warkoczyki i nuciła piosenki. Kiedy otworzyła oczy, nic nie widziała. A może nie powinna otwierać oczu?
Kolejne opowiadanie autobiograficzne – tym razem już o pewnej mieszkance wyżej nakreślonej kamienicy znajdziecie Państwo tutaj.
Na fotografii uciekający z oczu obraz Śląska.


Komentarze